Relacje

niedziela, 25 października 2026

CATalonia spontanicznie - Trail Cat The Race – 300 mil

    Plan na 2026 był taki, że nie było planu startu w czymś dłuższym. Priorytetem był zabieg nosa (korekta przegrody), który odkładałem wiele lat, zawsze była jakaś impreza już zaplanowana. Sprawy z nosem udało się zgrabnie przeprowadzić w pierwszej połowie roku. Gdybym wiedział, że tak będzie to coś bym zaplanował, a tak w połowie roku szanse na znalezienie czegoś fajnego z wolnymi miejscami zazwyczaj są zerowe. Jak powiadają „Kto szuka, ten znajdzie” - znalazłem i  ja - Trail Cat The Race – 300 mil


    Strona www imprezy nie poddawała za wiele informacji. Termin, start, meta, limit czasu, jak się trochę poszukało to profil wysokościowy. Pierwszy raz na dystansie 300mil. Wyglądało to na kameralną imprezę, ale taką która należy do TORX eXperience, co już coś znaczy. Logistyka wygląda na łatwą, z trasa sobie poradzę jaka by nie była - trochę w ciemno wysyłam zgłoszenie.

Lubię takie klimaty. :-)

Do Andory docieram w czwartek popołudniu (start jest w niedzielę). Logistyka była prosta, samolotem do Barcelony, następnie busem do Andory (z lotniska). Jestem sporo wcześniej, ale ten czas przeznaczam na odpoczynek i sen. Zaowocuje to potem w trakcie biegu.

Im bliżej startu tym bardziej wszystko nabierało bardzo profesjonalnego podejścia. Wszystkie nowe informacje były przekazywane przez aplikację Sportity. Tracking poprzez portal Livetrail i dedykowaną aplikację. Już w trakcie biegu ważne informacje oraz prognozy pogody przekazywane przez komunikator WhatsApp. W sobotę odbieram pakiet startowy, wieczorem krótka odprawa w pobliskim barze. Na starcie pozostaje torba z przepakiem i druga podróżna jako depozyt na metę.

Trasa – oficjalnie: 466 km i 17560m podejść

Zaczynało się w Andorze zahaczając o kawałek Francji, aby ostatecznie poprzez tereny Katalonii dotrzeć do miasta Terragona. Na trasie były trzy bazy (82km, 247km i 354km) gdzie był dostęp do własnej torby (przepaku), jedzenia, prysznica i miejsca do spania. Dodatkowo były cztery punkty tzw asistance light (30km, 174km, 200km, 277km) gdzie miał być tylko dostęp do wody, drobnej przekąski i możliwość 2h drzemki. Dla osób startujących w formule self-support sprowadzało się to do czterech dosyć długich etapów: 82km, 165km, 107km i 112km, na których trzeba było liczyć tylko na zawartość plecaka i to co udało się „upolować” po drodze.

Dla tych co zorganizowali sobie wsparcie (było dozwolone) w roadbooku było wyszczególnionych 50 miejsc gdzie support mógł pomagać.  


Równo o 12:00 w niedzielę 18.10 - 51 zawodników rusza na trasę

Zaczyna się od „drobnej” rozgrzewki 31,5km, 2300m podejścia :-) W programie Portella Blanca - trój-styk granic Andory, Francji i Hiszpani i zbieg do Pas de la Casa. Tradycyjnie większość wydarła do przodu, a ja spokojnie, w swoim tempie delektuję się widokami.   







W Pas de la Casa pierwszy punkt typu Light Assistance – woda, badan i ciasteczko. Hmmm - jak wszystkie tak będą wyglądać to na pewno nie będę biegł przejedzony. Tankuję się do pełna i ruszam w pierwszą noc. Tym razem dla odmiany praktycznie cały czas w dół, szerokimi drogami. Na koniec pozostanie jedynie podejście na Col de la Mola - 53Km, 1340m podejścia, 1790m zbiegu.

Wypoczęty przed startem bez problemów przechodzę przez tą pierwszą noc. Niestety to co przywidywałem okazuje się rzeczywistością - w nocy nie ma co liczyć na jakąkolwiek opcję uzupełnienia zapasów.  

La Molina – pierwsza baza

Na wstępie przekazuję trackera do ładowania, zasada jest prosta, jeżeli tracker padnie = DNF. Z informacji organizatorów czas jego działa to 3 dni. Druga ważna sprawa - podłączenie do ładowania zegarka i telefonu. Po trasie poruszamy się śledząc ślad GPS więc zegarek to jedna z ważniejszych części wyposażenia. Kolejny etap jest bardzo długi więc wiem, że muszę wyruszyć z urządzeniami naładowanymi w 100%. W tracie ładowania urządzeń można zająć się jedzeniem, przebraniem ubrania na świeże i chwilą odpoczynku. Przerwa zajmuje 1,5h. Ruszam o świcie szybko łapiąc rytm – na dzień dobry 250m podejścia do góry pod wyciągiem :-)  


Drugi dzień przynosi całkiem inny krajobraz. Trasa wiedzie przez wzgórza służące za pastwiska. Położone na wysokości ok. 2000m otwarte przestrzenie i ładna pogoda gwarantują przepiękne widoki.

  









Campeless – otwarta restauracja, ale nie mają wolnych miejsc :-(
Udaje się wynegocjować kanapkę, o kawie zapominają – całkiem niezły obiad i przerwa 30min :-)
Uzupełniam wodę i ruszam dalej.   

Taga – to pierwszy szczyt, gdzie wola walki jest mocno weryfikowana. Ostro do góry w niekończącym się podejściu, częściowo w chmurze. W nagrodę kawa i cola w mijanym miasteczku. Zaczyna się druga noc.    

Strategią na brak snu był ultralekki bivibag – taka folia NRC zrobiona jak śpiwór. Niewiele waży, po wejściu do niego można spokojnie drzemać bez obaw o niskie temperatury. Niestety swoistą wadą jest 100% wodoszczelność, więc to co się wypociło zostawało w środku. Plan był położyć się na drzemkę zanim dopadnie mnie sleepmonster. Na pierwszą taką 1h drzemkę położyłem się ok 22:45 bardziej z chęci przetestowania systemu niż realnej potrzeby. Niestety była to błędna decyzja, za wcześnie i w złym miejscu. Gdy znalazłem wydawałoby się „idealne” miejsce – miało być trochę odsunięte od naszej trasy, tak aby mnie nie budzili przechodzący kolejni zawodnicy - nie sprawdziłem, że dokładnie w tym miejscu jest rozejście trasy i każdy będzie się zatrzymywał debatując gdzie iść dalej, a potem widząc mnie zawiniętego w czerwony koc ratunkowy debatowali czy śpię czy trzeba ratować. Realnego snu nie było za wiele :-( ale wystarczyło na kolejną noc.  


Rano docieram do drugiego punktu light assistance - La Villa Natura i tutaj wielkie zaskoczenie – dla odmiany tym razem jest full serwis :-) Jest to miejsce typu glamping czyli luksusowe namioty do spania. Urządzania idą do ładowania, biorę prysznic, ciepłe jedzenie i kawka. Zaliczam 45 minutowy postój, ale w 100% wykorzystany.     


Niespodzianka z ostatniego punktu sprawiła, że dalsza droga była całkiem przyjemna pomimo sporej wspinaczk pod sanktuarium La Salut, 



W zabytkowym miasteczku Rupit zatrzymuję się na kawkę i ciastko.




Ścieżką nad klifami zbliżałem się do trzeciego punktu light assistace.

  


Chcesz zjeść, musisz sobie ugotować. Punkt to kolejna niespodzianka, tym razem jest to namiot z dwiema matami, gazowa kuchenką do zagotowania wody oraz skrzyneczką z jedzeniem do zalewania wrzątkiem. Dla każdego biegacza czekało pudełko (w środku żel i baton) i woda podpisana numerem. Pozostawione bez opieki na skraju drogi. Obowiązywała samoobsługa. Zajadając gorący makaron postanawiam skorzystać z namiotu. 1h spania, znowu okazuje się nie do końca dobrym pomysłem. Namiot i mata są wygodne, ale po pobliskiej drodze co chwila przejeżdżała jakaś maszyna rolnicza która wybudzała ze spania.    



Trzecia noc – na tym etapie zazwyczaj zaczynają się dziać dziwne rzeczy - magia. Głowa nabita na kołek w środku lasu zazwyczaj nie wróży nic dobrego, nawet jeśli jest to głowa gumowego misia. Kawałek dalej ląduję pod skałami. Ścieżka pnie się coraz wyżej, gps głupieje, ślady niby są ale wariant robi się coraz mniej przyjemny. Przesmyk pomiędzy skałami niby jest, ale jakoś tak wąsko i stromo. Powoli wycofuję się w dół, a kawałek w bok jest ten prawidłowy przesmyk prowadzący na szczyt skały. Nic tak nie budzi jak adrenalina. Poruszanie się trzeciej nocy praktycznie bez snu wąską ścieżka na skałach gdzie blisko z boku widać „dużo powietrza”. W tym miejscu nie mam problemów ze snem :-) Dopiero po zejściu z trudnego terenu, ok. godziny drugiej zaliczam 30 min drzemkę w lesie.


Nagrodą za nocną walkę jest poranek – widok z Matagalls jest przecudny  

 




El Brull – 247 km - druga baza

Klasycznie – najpierw urządzenia do ładowania a potem reszta - prysznic, zmiana ubrania, sen i jedzenie. Ustawiam budzik na 2h i zapadam w sen. Budzę się po 1,5h – trudno musi wystarczyć. Po wyjściu z bazy krajobraz robi się bardziej lesisty, ale równocześnie bardziej suchy.  






Cim d'Aligues - ostatni z punktów assistance light. Gorący posiłek liofilizowany i kawka stawia mnie na nogi. Tuż przed nim pierwszy raz wyprzedziłem kilku zawodników. Wąska ścieżka miejscami blisko krawędzi klifu, ale większości w gęstej roślinności i ten stan gdy poruszając się nie za szybko (5km/h) ma się wrażenie jakby się leciało z nie wiadomo jaką prędkością. Brak snu robi swoje – oczy widzą, ale zanim głowa to przeanalizuje to obraz jest już daleko w tyle. Jak by się leciało myśliwcem STAR WARS – ostry jest tylko cel przed nami a wszystko co po bokach znika z tyłu niewyraźne.       

Kolejna noc była długa ale dopiero nad ranem zatrzymuję się na 30min drzemkę.



Monistrol de Montserrat - nareszcie większe miasteczko i w porze która pozwoliła liczyć na jakiś większy posiłek.   



Montserrat to chyba jedno z najładniejszych miejsc na trasie - bardzo malownicze pasmo górskie. Trasa z miasteczka prowadzi do klasztoru wybudowanego wysoko w górach, a następnie trawersuje całe pasmo od północnej strony.


   





Po opuszczeniu gór do trzeciej bazy prowadziły wygodne szutrowe drogi  



Komu zdarzało się oglądać wyścigi Dakar, powinien kojarzyć imię Nassar. Przez cały czas zastanawiałem się na ile to może być zbieżność nazwy - nie była. Kolejna baza znajdowała się w Nassar Camp - miejscu stworzonym przez Nasser Al-Attiyah, pięciokrotnego zwycięzcy rajdu Dakar. Nocleg na sali Dakar, posiłek na kanapach, czegoś takiego się nie spodziewałem.

Z planowanych 2h snu znowu budzę się po 1,5h. Inny zawodnik jakoś szybko i nerwowo zbierał się na sali co spowodowała że był bardzo głośny :-( .




Do mety pozostało 110km – ruszam na ostatni odcinek. Wiem, że czasu do limitu jest dużo i nie muszę się śpieszyć. Okolica miejscami mocno zarośnięta, a wszystko co rośnie przy kontakcie ze skórą pozostawia tylko zadrapania. Po drodze udaje się jeszcze zjeść pizzę na obiad a pod wieczór napić kawy.   







Ostatnia noc – mimo że meta jest coraz bliżej postanawiam się jeszcze raz zatrzymać na 1h spania. Jak bym przeszedł jeszcze kawałek dalej trafiłbym na punkt tras krótszych gdzie mieli fajne leżaczki - no cóż nie zawsze ma się farta. Ktoś dopytuje mnie o numer, odpowiadam że jestem od nich ale nie do końca, nie ta trasa, nie muszą spisywać numeru. Moje tłumaczenie jakoś nie dociera i wtedy słyszę słowa innej osoby która ucina jak nożem wszelkie pytania „TO TADEUSZ, JEDEN Z 300”. Domyślnie chodziło że jestem, z trasy 300mil, ale tak fajnie to zabrzmiało :-)

Sobota, poranek docieram do Terragona. Po 141h 14min osiągam metę na pozycji 22. Garmin wskazuje 495 km i 17250m podejść. W sumie ok 8-9h snu, z czego dwa razy po 1,5h na bazach i dwa razy po 1h w lesie, reszta to 20-30 minutowe drzemki.  Z 51 zawodników do mety ostatecznie docierają 32 osoby. Moja garderoba uzupełnia się o kolejną kamizelka finisera  - białej jeszcze nie miałem ;-)

To była bardzo fajna trasa. Dość wymagająca, ale dająca dużo satysfakcji i co najważniejsze bardzo widokowa. :-) .   

https://www.trailcatherace.com/