Relacje

niedziela, 22 października 2023

Dotknąć gwiazd - Tor des Geants – TOR330

Tor des Geants – bieg przełajowy na dystansie 330km, 24000m D+ wokół doliny Aosty we Włoszech. Trasa przebiega u podnóża czterech alpejskich masywów Mont Blanc, Gran Paradiso, Monte Rosa i Monte Cervino. Na trasie czeka wspinaczka na 7 przełęczy powyżej 2800m npm (najwyższa Col Loson 3294m npm), 36 punktów odżywczych i 6 „life bases” czyli dużych punktów z dostępem do własnego przepaku.

Po raz pierwszy z Tor des Geants miałem do czynienia 9 lat temu. Jako stosunkowo młody, mało doświadczony biegacz górski zamiast podążać "jedyną prawidłową" ścieżką kariery typowego biegacza od razu pojechałem na UTMB. Ukończenie, jak się potem dowiedziałem jednego z najtrudniejszych biegów ultra, dało pewną pustkę. TOR330 idealnie się w nią wpasował. Nie do końca zadając sobie sprawy na co się porywam dołączyłem do zacnej ekipy i wylądowałem w Courmayeur. 

Wtedy, w 2014 roku, po 133 godzinach 21 minutach przekroczyłem linię mety. Teraz z perspektywy czasu myślę, że góry i łaskawa pogoda zezwoliły mi na pokonanie trasy, abym został tym kim jestem. Osoba, która przemieszcza niezliczone kilometry na przeróżnych trasach ultra biegów. Stało się to moim hobby, stylem życia.... Wiedziałem, że wcześniej czy później wrócę na trasę TOR. Codziennie też przypominała mi o tym mapa trasy z odznakami z każdej zaliczonej wtedy dużej bazy, wisząca obok drzwi wyjściowych mieszkania.

W 2019 roku pojawiła się szansa, aby wrócić do Aosty – z okazji 10-lecia TOR powstała nowa trasa TOR450 - trasa marzenie. Jedyna taka okazja, jedyna edycja. Niestety pojawił się też problem, aby wystartować w TOR450 trzeba mieć ukończone TOR330 poniżej 130h. Na nic się zdały e-maile z prośbą o akceptację - 3h 20minut - o tyle byłem za długo na trasie za pierwszym razem. No cóż, nie dla mnie TOR450.

Czy jednak? Nowa trasa musiała się na tyle spodobać, że z jednorazowej edycji weszła na stałe do kalendarza. Nie pozostało nic innego jak ponownie pojechać na TOR330, poprawić czas, a za rok.... trasa marzeń. 

1 lutego 2023 wysyłam zgłoszenie, teraz jeszcze oczekiwanie na losowanie - 1 marca przychodzi e-mail z potwierdzeniem. Aosto WITAJ!!!

Przez Czechy, Austrię i Włochy, 1630km w jedną stronę, ląduję na campingu Grandes Jorasses. Plan: odpoczywam w piątek, sobota - rejestracja, niedziela - przestawienie auta na bezpłatny parking i start. Kolejny piątek - przekroczenie mety + nocleg na sali. Sobota odpoczynek, niedziela powrót. Proste zwłaszcza, że tym razem nie ma ekipy. Jestem sam i wszystko zależy tylko ode mnie.

Przepiękna pogoda sprawia, że w piątek wybieram się na niewielki spacer do schroniska Bonatti.



Sobota – odebranie pakietu schodzi dłuży niż myślałem. W centrum sportu, jestem ok 30 minut przed rozpoczęciem wydawania. Na wejściu do sali otrzymuję numerek coś powyżej 450. Nie ma typowej kolejki, wchodzimy po pakiety w kolejności numerków. 

Rzeczą charakterystyczna dla TOR330 jest 60-litrowa żółta torba przepakowa. W trakcie trwania biegu jest przewożona przez kolejne duże bazy: Valgrisenche (49km), Cogne (104km), Donnas (150km), Gressoney (204km), Valtournenche (238km) i Ollomont (286km). Wszystko co jest potrzebne zawodnikowi, za wyjątkiem jedzenia i picia, musi się do niej zmieścić. Przez lata startów zauważyłem że ta torba to jedna z najbardziej rozpoznawalnych rzeczy w świecie biegaczy ultra - wizytówka osoby należącej do wielkiej rodziny TOR.

Wieczorem odprawa i pasta party. Szybko zmykam do namiotu na ostatnią przespaną w całości noc przed kolejnym tygodniem.

Liczba zawodników przekracza 1000, aby trochę rozładować tłum start jest w dwóch falach. Pierwsza o 10:00, druga o 12:00. Numer startowy, a co za tym idzie godzina startu, jest zależny od indeksu ITRA. Wyższy numer to teoretycznie szybszy zawodnik. Z numerem 453 łapię się na pierwsza falę. 

Z głośników lecą „Piraci z Karaibów”, ruszamy. Pierwsze 2,5km to przebiegnięcie uliczkami miasteczka, aby dotrzeć do ścieżki prowadzącej na Col ARP (2576m). Podejście 1300m do góry na dystansie 9 km. Duża ilość zawodników i wąska ścieżka stromo pnąca się do góry – trzeba uzbroić się w cierpliwość. Krok za krokiem w wielkim wężu zawodników. 




Po przekroczeniu przełęczy – nagroda w postaci przepięknych widoków i 1100m zbiegu w dół. Ten pierwszy odcinek w zasadzie odzwierciedla całą trasę TOR – dużo w górę, dużo w dół, dużo w górę, dużo w dół.... i zazwyczaj zbieg nie wygląda tak fajnie jak z Col ARP 

Na trasie czeka na nas kilka rodzajów punktów. Najważniejsze to „life bases” umieszczone w dużych miejscowościach, dostęp do przepadku, prysznica, spania na łóżku, gorącego jedzenia, różnorakiego picia – można powiedzieć full wypas. Drugi rodzaj to punkty odżywcze umieszczone w schroniskach górskich, mniejszych miejscowościach i chatach pasterskich – zapewniają picie, jedzenie już w mniejszym wyborze (pasta lub zupa), spanie w warunkach nazwijmy to turystycznych (ławka, stół, podłoga...). Ostatni rodzaj to tzw. „simple waypoint” często niewielki kontener dostarczony śmigłowcem wysoko w góry, który zapewnia osłonę tylko dla obsługi biegu - bez dostępu do picia, bez jedzenia. 



Na drodze do pierwszej bazy oprócz Col ARP są dwie wysokie przełęcze Col Passo Alto (2856m) i Col de la Crosatie (2822m). Wysiłek potrzebny na ich zdobycie ginie w obliczu widoków jakie mnie otaczają. Jest przepięknie. 







TOR330 to też góry w nocy. Aby myśleć o ukończeniu trasy ilość snu musi być ograniczona. Oznacza to, że spora część trasy pokonywana jest po ciemku. Za dnia tego nie widać, ale nocą błyskające niczym gwiazdy światełka biegaczy wskazują dalszą drogę.


Fajnie jest być na przełęczy o zachodzie słońca lub o jego wschodzie, ale nie zawsze się to udaje. Col Entrelor (3002m), do tego magicznego czasu brakło mi jakieś 200m w pionie.





Najwyższym miejscem na trasie jest Col Loson (3299). W trakcie dojścia przylatuje śmigłowiec ratowniczy, długo krąży blisko przełęczy – kogoś ratują. Ubezpieczenie zapewniające transport śmigłowcem to jest jeden z ważniejszych elementów wyposażenia. Zawsze coś może pójść nie po naszej myśli, niekoniecznie musi być to przecenienie własnych sił - czasami załamanie pogody czy po prostu zwykły pech. „Wycieczki” śmigłowcem do tanich nie należą ;-)




Cogne – pierwsze 100km mam za sobą. Druga duża baza, biorę prysznic i idę spać. Obsługę proszę aby mnie obudziła za 1,5h. Chwilę czasu zajmuje mi zaśnięcie, pomimo że na trasie jestem od 31h to nie jestem zmęczony aż tak, by wpaść w błyskawiczny sen. Lepiej jednak przespać się teraz na łóżku, niż za kilka godzin gdzieś wysoko w górach. 

Pomiędzy Cogne a Donnas (322m) najniżej położonym punktem na trasie jest tylko jedno podejście i bardzo długi zbieg. W porównaniu do wcześniejszych etapów można powiedzieć, że to luzik :-)


Za Donnas zgodnie z prognozami pogoda zaczyna się zmieniać. Burza zaczyna wisieć w powietrzu - uciekam przed nią. Droga wiedzie do góry, kolejny punkt to schronisko Rif. Coda (2252m). Już raz w tym roku biwakowałem wysoko w górach w czasie burzy, czyżby szykowała się powtórka? 

Tym razem mi się udaje, burza postanawia obrać inny kierunek. Za to nagroda jaka czeka po dotarciu do grani przerosła wszelkie oczekiwania. Z jednej strony - oaza spokoju utopiona w morzu chmur pod błękitem nieba, z drugiej strony pasma złowieszcza burza mrucząca co chwila swoje niezadowolenie przy akompaniamencie błyskawic.



Przygotowany na najgorsze ubieram się w przeciwdeszczowy komplet ubrań. Deszcz jednak nie nadchodzi. Szybko się robi ciepło więc się rozbieram. Deszcz tylko na to czekał i po chwili zaczyna padać. Gdy stwierdzam, że jednak pasuje się ubrać, kilka minut później przestaje padać.....Znam ten rodzaj zabawy w kotka i myszkę z deszczem - nie ubiorę się to będzie siąpić bezustannie, ubiorę się to przestaje, a ja się gotuję ubrany w membranowe ubrania.




Dzwonki, dużo dzwonków. Zbliżają się, chyba docieram do jakiegoś punktu gdzie jest dużo kibiców?? Tylko, że tutaj nic takiego nie powinno być. Nagle z zakrętu wypada stado. Cóż, siła ich była, a nastroje miały bojowe. Ratuje mnie skok w bok.

Regulamin imprezy dopuszcza start z supportem. Oznacza to, że w okolicy punktów odżywczych i na bazach (w wyznaczonym obszarze) może być jedna osoba, która wspomaga biegacza dostarczając mu dodatkowy sprzęt, jedzenie i wszystko co by sobie wymarzył, a co np. nie zmieściło się do przepaku. Wsparcie nie jest dozwolone na trasie (pomiędzy punktami), podobnie jak niedozwolone jest spanie poza punktami (korzystając np. z campera) i wszelka pomoc medyczna (również masaże). Regulamin regulaminem, a życie toczy się dalej. Samochody na trasie pomiędzy punktami to widok normalny. Za to namiot oświetlony agregatem, rozbity dokładnie na trasie, akurat w trakcie trwania biegu, z jednym łóżkiem polowym w środku...??? Na bogato ;-) 

Dla mnie zasady są proste – idę bez wsparcia, bez pomocy, tylko z tym co zapewnia organizator dla wszystkich zawodników. To walka pomiędzy mną a trasą TOR330. Jeden na jednego.

Trzecia noc – godzina 3:30, za mną 191km i  prawie 17000m podejścia. Do tej pory na sen przeznaczyłem ok 2 godzin. Obok ratownicy opiekują się jednym z zawodników który „odlatuje”. Dla niego to chyba już koniec. Dla nabrania trochę świeżości pakuję się na podłogę pod ścianą – 30 minut drzemki się przyda - do kolejnej bazy jeszcze jedna górka do przeskoczenia. 

Nic tak nie nie budzi jak poczucie zagrożenia. Idę do góry (na ok 2400m n.p,m), a za plecami niebo za sąsiednią granią co kilkanaście sekund rozjaśnia się od wyładowań do białości. Z jednej strony cieszę się, że mnie tam nie ma, z drugiej zastanawiam kto szybciej przeskoczy grań: ja czy burza? Znowu się udało, burza podążyła swoją drogą. Adrenalina puściła, a w wraz z nią wróciła senność. Na kolejnym punkcie muszę na 15 minut zamknąć oczy na stoliku na szybki reset. 


Gressoney – czwarta duża baza, według mojego planu pora na prysznic i dłuższy sen – tym razem ustawiam budzik na 2h  i pakuję się pod kocyk na łóżku polowym.:-) 

Po upałach w pierwsze dni teraz przyszła pora na dni mgliste. Z jednej strony łatwiej jest iść gdy słońce tak nie praży, z drugiej widoki nie są już takie spektakularne. 




Praktycznie całą trasę pokonuję samotnie. W sumie trzy razy miałem okazję do zamienienia kilku zdań. Na moje pytanie czy to pierwszy raz na TOR, dwa razy dostałem identyczną odpowiedz „tak  to pierwszy i ostatni raz”. Jak się okazało była to ta sama osoba :-) . W nocy czasami ciężko rozpoznać  kto idzie obok, Trzecia odwiedź brzmiała „ nie, to 8 raz”. Tego typu imprezy albo się pokocha albo znienawidzi. 

Rifugio Grand Tournalin – wraca wspomnienie z przed 9 lat, to samo miejsce, ta sama ławka. Tylko mina trochę inna. Wtedy zasypiałem na stojąco do tego stopnia, że nie zdążyłem odstawić kubka z herbatą zanim wypadł mi z dłoni. Tym razem nie muszę spać, ale i tak zostaję trochę dłużej na punkcie, tak trochę z sentymentów. 

Kolejna noc, dopada mnie mały kryzys, najpierw 10 minut spania na Bivacco Vareton, chwilę potem 20 minut oparty o murek w starej kamiennej szopie. Za to poranek przyniósł ładniejszą pogodę, a co za tym idzie spektakularne widoki. 

 






Rif. Magia - jedyne euro jakie wydałem na trasie – „pasta al pomidoro” za 6€ - zaszalałem :-)



Rifugio Oratorio Di Cuney – w tym miejscu 9 lat temu prawie załatwiłem się stojącą na stoliku grappą. Wtedy walcząc o każdy metr, nie zauważyłem jaki to jest fajny kawałek trasy. 




Przed Oyace zaczęło troszkę padać, nie za dużo, ale wystarczająco na tęczę.  




Ollomont – ostatnia duża baza, ostatnia noc. Czas jest dobry, więc w planach jest prysznic i spanie, aby w spokoju dokończyć bieg. Ostatecznie zimna woda pod prysznicem zmusza mnie do zmiany planów. Poprzestaję na spaniu.  Mimo tego i tak nad ranem dopada mnie mały kryzys. Nadplanowy 30- minutowy sen na stoliku w chacie pasterskiej. Może to było też wynikiem tego, że mieli w niej najbardziej wypaśne jedzenie ;-)  Meta już blisko, wystarczy pilnować zaplanowanego czasu.






Ostatecznym miejscem gdzie magnetyzmu mety już nic nie może zatrzymać jest Col de Malatra. Jeżeli ją przekroczysz to TOR330 jest twój. 





To mój teren, zjem tą chorągiewkę i nic na to nie możesz poradzić  Do samego końca trzeba zachować czujność. Na szczęście GPS prowadzi prawidłowymi ścieżkami. 



Ostatnie 500m trasy to niezapomniane przeżycie Nieważne, że przed tobą było już wielu zawodników, wszyscy wokół biją brawo, krzyczą, dopingują. Jesteś finiszerem TOR330. 

Kończę po 126h 41min jako 228 zawodnik. Plan wykonany


…...a za rok zmieniamy barwy z żółtej na niebieską :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz