Relacje

niedziela, 11 października 2015

BUT260 - ultra w najcięższym wydaniu

"To ultra w najcięższym wydaniu i nie dla każdego"






Team 2008 - co jak co, ale to solidna i słowna ekipa, jak coś obiecają to się z tego wywiązują i  to z nawiązką.  Obiecali że będzie: trudno, unikatowo, wyjątkowo, ciężko, ciepło i rodzinnie, a wszystko to aby osiągnąć rzeczy trudne, niezwykłe i spektakularne.  Tak było




Trzy dni przed startem...
    Przy pakowaniu sprzętu bazuję na fotograficznej ściągawce z TDG, idzie szybko. Wgrywam tracka do GPSa, na wszelki wypadek przerysowuję trasę na mapę. Jeszcze tylko rozpiska trasy i gotowe :-)

Dwa dni przed startem...

    Przychodzi e-mail przypominający że w tym roku biegnie się w drugą stronę... taaaaaa trzeba zrobić rozpiskę od nowa.

Dzień startu...
    Wpadam na bazę, i na dzień dobry witają mnie szerokie uśmiechy Ani i Michała. Na stoliku obok leży sterta ogromnych map z wyrysowaną trasą. Kilka osób różnymi metodami usiłuje przerobić je na wersje kieszonkowe, zamierzam bazować na tracku z GPSa, więc nie muszę się bawić w origami. Pojawia się coraz więcej zawodników, wszyscy radośni, uśmiechnięci tak jak by za chwilę wybierali się na piknik :-).  Na odprawie przebiegamy cała trasę w ekspresowym tempie.  Pozostało już tylko odebrać lokalizator, kopniak na szczęście, wspólne zdjęcie i ruszamy. Na trasę BUT260 km w 2015r. porwało się 15 osób.


Start...

    Na pokonanie 260 km jest tylko 64 godziny. Z jednej strony wydaje się to dużo, ale do tego dochodzi jeszcze ponad 12000 m przewyższenia i zmęczenie, zwłaszcza w trakcie kolejnej  nocy. Wiem że będzie ciężko zmieścić się w limicie, więc zamierzam szybkim równym tempem lecieć już od samego początku. Zazwyczaj już chwilę po starcie widzę tylko plecy innych, tym razem jest inaczej, o dziwo większość pozostała z tyłu.  Rozgrzewka w postaci podejścia pod Klimczok, i ruszam delikatnym truchtem.  Pogoda piękna więc leci się fajnie, kilometry uciekają.  Nadal w zasięgu wzroku są osoby o których myślałem że dawno mnie zostawią w tyle,  inni z jakiegoś powodu pozostali w tyle. Zmienia się to tuż przed zaporą w Porąbce , kolejne osoby mijają mnie na zbiegu. Świat wraca do normalności .


Noc pierwsza...
    Zbliża się wieczór, pora pomyśleć o zatankowaniu wody.  Na cel obieram ośrodek Kocierz, który się okazuje HOTELEM SPA... nie wydaje mi się abym pasował do gości tego obiektu więc lecę dalej. Kolejnym celem jest schronisko Leskowiec pod Groniem Jana Pawła.  Na jedzenie pewnie nie mam co liczyć o tej porze,  ale ochota na gorącą herbatę powoduje, że przyśpieszam kroku.  Tuż prze schroniskiem telefon od Ani, chwilę z nią dyskutuję...."...jak to nikogo przede mną nie ma??  Gdzie się wszyscy podziali???".  Do schroniska docieram ok 21:25 i wizja herbatki brutalnie rozbija się o zamknięte drzwi. Na całe szczęście szarpanie klamki zwraca uwagę mieszkańców schroniska i drzwi się otwierają.  Kupuje wodę i równocześnie pytam o herbatkę, czy duży byłby kłopot... i dowiaduję się że "ogromny, no bo trzeba czajnik nastawić, a Pani strasznie zmęczona po pracy...", ostatecznie herbatkę dostałem. Dręczony wyrzutami sumienia że ośmieliłem się zakłócić wieczorny spokój, szybko mieszam herbatę z wodą,  wlewam do bidonu  i uciekam w ciemną noc. Chwile potem przychodzi refleksja, czy przypadkiem to nie o tym schronisku była informacja na odprawie, że jako jedyne nie odpowiedziało w żaden sposób na e-mail z informacją o biegu.

    Krzeszów (godz. ok 23:00), przechodząc przez miejscowość widzę osobę biegnącą z naprzeciwka, nagle się zatrzymuje i wygląda jakby chciała uciekać w przeciwną stronę - super to nawet już ludzi straszę po nocy. Po chwili pada pytanie: " lecisz BUTa? Chcesz herbatki?". :-) Dręczony sumieniem za wcześniejszą herbatkę dziękuję, ale przy okazji się dowiadując się,  że od godziny nikt nie biegł, znaczy się nadal jestem na przedzie. Chwilę później doganiają mnie Bartek i Mariusz. Dalej lecimy razem.
    Zawoja (godz. ok 3:15)  skręcamy na stację paliw po picie i  jakieś jedzonko. Kolejny przystanek to Markowe więc pasuje się trochę wzmocnić. Stacja 24h, ale sprzedaż tylko przez okienko więc nici z ciepłego pomieszczenia, po 20 minutach zaczyna nas telepać z zimna, ruszamy.  Tuż przed Prz. Krowiarki mijamy pierwsze 100 km trasy - czas ok 20 godzin. Teraz już tylko wejść na Babią Górę i dale będzie z górki. Widok ze szczytu spycha na bok wszelkie zmęczenie - jest cudnie.


    Odcinek pomiędzy Markowymi a Pilskiem byłby super, gdyby nie podejście pod Pięć Kopców. Gdy już się wydawało że jest szczyt to odsłaniał się kolejny fragment i tak kilkakrotnie. Odcinek ten był tak męczący ze postanowiłem zjeść żurek w schronisku na Hali Miziowej,  mimo planowanego odpoczynku w schronisku na Rysiance. Z zaplanowanej  20 minutowej drzemki nic nie wychodzi, chyba jeszcze nie jestem aż tak zmęczony, leżę z zamkniętymi oczami, zbieram siły... W okolicach Hali Borczanej mija 150 km trasy, zegarek wskazuje, że 3/4 przewyższeń już za mną. Zostało 110 km i ponad 30 godzin czasu - wygląda to nieźle. Dobre samopoczucie psuje zejście do Węgierskiej Górki, ścieżka wygląda jakby ktoś specjalnie przywiózł i wysypał stertę kamieni. Godziny dziwnie zaczynają znikać w przeciwieństwie do kilometrów.




Noc druga...

    Podejście pod Baranią Górę lecę za GPSem, z początku jest super, potem zaczyna się potok, aż ostatecznie ląduję w krzakach. Po ok 300 m przedzierania się przez krzaki znajduję drogę, którą docieram na czarny szlak. Idę, idę a końca nie widać. Jak już dotarłem do łącznia szlaków to dramatem okazało się zejście. Znowu ciężarówki kamieni wysypanych na ścieżce. Moim oczom tak się nie podobał ten widok że zaczęły wyświetlać sobie przeróżne kolorowe obrazki zasłaniające ścieżkę. Obrazki były fajne, ale przez nie widząc kamieni co chwila o nie zahaczałem. Po drodze mijam schronisko widmo w Przysłopie, godzina 2:00,  świecą się w nim wszystkie okna, a nie widać żywego ducha. Powieki zaczynają opadać, ścieżka znika za zasłoną - walka o przetrwanie się zaczęła. Kawałek dalej ujrzałem czerwone światełko w tunelu na wpół zamkniętych oczu. Światełko to  mnie wabiło i przyciągało, miało w sobie coś co mi mówiło że tam są ludzie, ludzie którzy nie śpią i czekają...... Światełko nie kłamało. W okolicach Stecówki doganiam Adama i chłopaków którzy na niego czekali. Wciskają mi w ręce ciepłe jedzenie i  picie. Posiłek i rozmowa powoduje że senność ucieka. Ruszam dalej.
   
    Wydawało się że wygrałem walkę z sennością, nastał kolejny dzień, a ja dziarsko podchodzę pod Stożek. W planach mam śniadanie w Chacie na Czantorii, zmyślając nad posiłkiem nagle stała się rzecz dziwna. Ścieżka przede mną się wyprostowała, tzn wszystkie kamienie stały się płaskie, widziałem je ale nie byłem w stanie określić ich rozmiarów i dokładnego położenia co w efekcie dawało że zahaczałem w co drugi. Przy schronisku Soszów widzę huśtawkę, kładę się na nią  i natychmiast zasypiam. Budzik nastawiony na 15 minut nie zdążył zadzwonić gdy budzę się z zimna. Zbieram się i zaczynam iść, może snu było niewiele, ale  kamienie wróciły do normy. Ok 9:00 docieram do Chaty Czantorii, schronisko co prawda otwierają  od 10:00, ale na zapytanie czy jest szansa na jedzonko wcześniej nie było problemów. Jem przepyszne śniadanio-obiado-kolację i lecę dalej. Przy zbiegu do Ustronia mijam pieszych zawodników z trasy 120 km. Do Klimczoka już coraz bliżej, ale czasu tez już coraz mniej.

Długi finish...

    Zbiegam ze szczytu  Klimczoka, pętla się zamyka, patrzę na zegarek do limitu pozostało równo 10 h, rozpiskę trasy zgubiłem gdzieś po drodze, ale wydaje mi się, że jeszcze pozostało ok 40km, niby dużo czasu ale gdy ma się w nogach już 220 km jakoś różowo to nie wygląda.  Bez odpoczynku pędzę w kierunku Chaty Wuja Toma, muszę się jeszcze zatankować i  może coś chwycić do jedzenia. Przy schronisku w biegu zalewam bukłak wodą, bidon coca-colą, dodatkowo kupuję na szybko mięsko z grilla, wciskam je pomiędzy pajdy chleba i ruszam dalej. Za plecami słyszę jakiś smętny głos kobiety, która chyba czekała aż to mięsko sie upiecze, nie mam czasu tłumaczyć...  Po chwili coca-cola wywala zamknięcie bidonu połowa napoju się wylewa, no tak to nie był genialny pomysł...
    
Przełęcz Sampolska, widzę banery, pytam co to za biegi? W odpowiedzi słyszę "60 km, 90 km, 120 km", chyba się nie spodziewali osoby z 260, ale z moim myśleniem też już coraz gorzej. Bez odpoczynku idę dalej, równocześnie ze mną wyrusza zawodnik z trasy 120, który chwilę później na podejściu pozostaje daleko w tyle, chyba ma już dość... Jestem w okolicy Magurki Radziechowskiej wokół falują trawy, są takie fajne, może by tak siąść na chwilę, zerkam na zegarek -  nie, czas nie pozwala trzeba lecieć... znowu widzę czerwone światełko,  to przekaźnik na Skrzycznem, więc już tylko zbieg szlakiem, podejście na Skrzyczne i w dół do Szczyrku, jestem już blisko... Zaczyna się zbieg i znowu dramat, znowu ciężarówki kamieni na szlaku, kiedy to się skończy?? Nareszcie zejście się skończyło, idę asfaltem,  przede mną trzech gości ubranych w miniówki i staniki, oferują szybki numerek. ??? Zaczynam truchtać, to miejsce zdecydowanie mi się nie podoba... Punkt kontrolny, dostaję ciepły bulionik, chwilę rozmawiam i ruszam na ostatni etap. Skrzyczne znam z Zamieci, co prawda wejście było z innej strony ale przecież nie może być jakoś inaczej - jednak były... kamienie ... kamienie... kamienie, masakra jakaś, zaciskam zęby i walczę, głupio byłoby się spóźnić te kilka minut... szczyt, teraz już tylko w dół.....qrwa, skąd tu tyle kamieni... ostatni odcinek przez las, znowu kamienie ...... mija 63 godzina biegu docieram do METYYYYYYYYYY.
   
 Medal, piwko, posiłek... teraz nawet spać już się nie chce.

Z piętnastu osób do mety w limicie czasu dotarły tylko dwie. Dwie kolejne pokonały cała trasę lecz nie zmieściły się w limicie czasu. 


    Wielkie gratulacje dla Bartka, jesteś wielki!!!
    Gratulacje dla Adama i Rafała którzy walczyli do końca, nawet już po limicie czasu oraz reszty zawodników za to że podjęli wyzwanie, a walkę toczyli do ostatnich sił.
    Dziękuję Jackowi i Julianowi za jedzonko i picie przy Stecówce i że światła ich auta były moim światełkiem w tunelu.
    Największe podziękowania dla Michała i całego zespołu BUT za pokazanie kawałka Beskidów i nowe doświadczenia, które pozwolą mi lepiej przygotować się na kolejne starty w biegach ULTRA.
   
Podziękowania też dla Michała Unolt, za to że czekał na nas z aparatem, a czego efektem są zdjęcia zamieszczone w relacji. 

15.11.2015
 
Dzisiaj dotarła do mnie niespodzianka od BUTa - kurtka Finishera :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz